Nie ma prywatnych stanów umysłu.

Awatar użytkownika
Lekko
Posty: 204
Rejestracja: 29 paź 2016, 11:49

Nie ma prywatnych stanów umysłu.

Postautor: Lekko » 10 paź 2016, 14:04

Trochę tego jest jednak jeśli ktoś nie zgadza się z tytułem to powinien przeczytać. :)

Część I

Zjawiska, których możemy doświadczyć, istnieją tylko jako zespół warunków. Budda wyjaśniał dokładnie, że cokolwiek możemy przeżyć wewnętrznie lub w zewnętrznym doświadczeniu jest z natury puste. To znaczy, iż nie posiada niezależnego istnienia.
Jeżeli dzisiaj przestudiowalibyśmy materialistyczną doktrynę Demokryta, odczytalibyśmy ją zapewne w perspektywie realizmu, myśląc więc, że twierdził, że na pewno jest coś takiego jak niepodzielne atomy, z których złożony jest cały świat itd. Tymczasem, jeśli dokładnie przeczytamy jego teksty okaże się, że są bardziej buddyjskie, niż nam się wydaje. Demokryt wierzył co prawda, iż istnieją niepodzielne atomy, ponieważ nie był w stanie sprawdzić, że można je ciągle i ciągle dzielić, jednak uważał, że ważniejsza jest próżnia, w której mogą się pojawiać. Gdyby nie było owej próżni, w której atomy się pojawiają i zaczepiają o siebie nawzajem „haczykami”, nie mogłyby powstawać rzeczy, nie mogłoby istnieć nic, co się zmienia. Świat byłby po prostu w jakiś dziwny sposób zafiksowany; realny i niezmienny. Demokryt uważał, że właśnie ta próżnia umożliwia wydarzanie się wszystkiego. Ponieważ żył w czasach, kiedy świat postrzegano holistycznie, nie był w stanie sobie wyobrazić - nawet przy swoim głębokim fundamentalnym materializmie - iż zmiana może istnieć bez potencjalności, bez przestrzeni.
Odpowiedz na pytanie, czym jest cel buddyzmu jest bardzo prosta - zawsze odpowiadamy, iż jego celem jest rozpoznanie natury umysłu. Ogólnie Budda wyjaśniał, że inaczej przeżywa świat człowiek, który nie rozpoznaje natury umysłu, a inaczej ktoś, kto doświadcza samego przeżywającego. Nauczał, że dopóki nie wiemy, jaki jest nasz umysł, dopóty wszystko, co przeżywamy jest jakościowo różne od doświadczenia kogoś, kto tę wiedzę posiada. Mówił o esencji wiedzy, która jest nam potrzebna - o tym, jak możemy rozpoznać, że umysł nie jest rzeczą, że nie istnieje jako zespół warunków, lecz że nigdy się nie narodził i nie może umrzeć. Gdy rozpoznajemy, że umysł nie jest z czegoś zrobiony, że nie jest złożony, w tym momencie stajemy się nieustraszeni. Jeżeli jesteśmy tego w 100% pewni, wówczas nie ma miejsca na jakiekolwiek lęki, ponieważ rozpada się sama ich najgłębsza przyczyna - rozpoznajemy, że była tylko zespołem stale zmieniających się warunków. W oparciu o tę nieustraszoność przeżywamy wszystko zupełnie inaczej - jako nieograniczoną radość. Cieszymy się zjawiskami po prostu dlatego, że się wydarzają. Patrząc z punktu widzenia relatywizmu, to co się wydarza możemy zaklasyfikować jako przyjemne lub nieprzyjemne, pozytywne lub negatywne. Wtedy oczywiście mamy problemy, ponieważ ciągle musimy pilnować, by rzeczy wydarzały się w pozytywny sposób, a nie w negatywny. Jednak patrząc z pozycji nieustraszoności, widzimy, że cokolwiek się wydarza, jest wyrazem nieograniczonych możliwości umysłu. Wreszcie doświadczamy trzeciej właściwości ostatecznej natury umysłu, która jest tematem dzisiejszego wykładu - przeżywamy fakt, że umysł jest nieograniczony, że przestrzeń nie jest oddzieleniem pomiędzy nami, lecz pojemnikiem, który wszystko zawiera, że jest informacją. I ponieważ doświadczamy tego, że nie jesteśmy oddzieleni od innych, odkrywamy, że nie ma prywatnych stanów umysłu.
Na poziomie relatywnym oczywiście wszyscy to wiemy - na imprezę zapraszamy tylko wesołych przyjaciół, ponieważ obawiamy się, że zarazimy się melancholią od smutnych. Łatwo odkrywamy, że towarzystwo, w jakim przebywamy, wpływa na nas, że jesteśmy związani z innymi. Gdybyśmy byli oddzieleni od siebie nawzajem, nie moglibyśmy się nawet porozumiewać - jak mogło by to być możliwe? Gdyby nie było czegoś, co łączy wszystkie rzeczy, nie istniałoby nawet prawo przyczyny i skutku. Widząc, że nie jesteśmy oddzieleni od innych, przeżywamy aktywne współczucie, które jest tą trzecią właściwością oświeconego umysłu. Doświadczamy tego współczucia, gdyż rozumiemy, że nie możemy działać przeciwko całości, do której należymy - byłoby to kompletnie głupie. Trzy stany umysłu, które są prawdziwe, które nie są złudzeniem, to nieustraszoność umysłu, która pochodzi ze zrozumienia, że nie jest on rzeczą, że jest jak przestrzeń; radość umysłu, która bierze się z przeżywania wszystkiego na poziomie doskonałości i czystości, ponieważ każde zjawisko wyraża bogactwo umysłu i wreszcie aktywne współczucie, wypływające z doświadczenia jedności z innymi. Te trzy stany są esencją stanu Buddy, absolutną naturą umysłu, którą wszyscy posiadamy i którą musimy tylko rozpoznać.
Co to jednak znaczy, że nie ma żadnych prywatnych stanów umysłu? Lama Ole podaje nam jak zwykle bardzo proste przykłady. Chociaż wydaje nam się, że je rozumiemy, jednak chyba nie zawsze tak jest - czasami sam przykład jest prosty, ale filozofia, która za nim stoi, jest bardzo głęboka. Gdy matka wraca do domu z pracy i jest szczęśliwa, w jednym momencie dzieci stają się szczęśliwe, ponieważ ją kochają - widząc, że jest pełna radości, same stają się radosne. Potem przychodzi do domu mąż i ojciec - widząc szczęśliwą rodzinę, sam staje się szczęśliwy. Ten przykład jest banalny, ale pokazuje wyraźnie, że być może nasze stany umysłu nie są niczym prywatnym. Zwykle myślimy, że jest inaczej - jest to jedno z największych nieporozumień w naszym życiu. Można powiedzieć, że tak długo, jak traktujemy nasze stany umysłu jako prywatne, mamy problem - gdy myślimy o sobie mamy problemy, a gdy myślimy o innych mamy pracę do wykonania. Oczywiście wielu ludzi wierzy, że osobowość jest nam bardzo potrzebna. Niekiedy rzeczywiście się przydaje - warto wiedzieć jak się człowiek nazywa, gdzie mieszka... Oczywiście możemy pokazać i zobaczyć pewne zewnętrzne okoliczności określające naszą „osobę”, ale jeśli dobrze przeanalizujemy całą sytuację, zobaczymy, że można je zmienić. Możemy zmienić nazwisko, chociaż oczywiście w urzędzie kosztuje to parę złotych, możemy zmienić adres. Również nasze ciało, z którym się identyfikujemy, przez cały czas się zmienia, ponieważ w naturalny sposób się starzeje. Budda nauczał, że jeżeli utożsamiamy się z naszym ciałem, to choroba, starość i śmierć stają się rzeczywiste, jeśli się z nim natomiast nie identyfikujemy, przestają być czymś realnym. Jeżeli więc przeanalizujemy wszystkie okoliczności, wewnętrzne i zewnętrzne, które konstytuują naszą osobowość, to zobaczymy, że chociaż są takie, jakie są, równie dobrze mogłyby być inne.
Buddyzm prawdopodobnie jest jedyna religią, które na serio twierdzi, że „ja” jest iluzją. Kiedy słyszą to realiści, wpadają w przerażenie, zastanawiając się, jak taki skrajny pogląd może mieć sens? Często najgłębsze filozofie broniły właśnie koncepcji, że „ja” jest prawdziwe. Również Kartezjusz był obrońcą tej barykady - twierdził, iż nawet jeżeli wątpimy w to, że nasze ego jest prawdziwe, to znaczy, że ego istnieje, bo musi być ktoś, kyo wątpi.
Jednak Budda 25 wieków temu powiedział, że jest zupełnie inaczej. Stwierdził, że ego jest głupie, ale silne - kiedy zaczyna sobie uświadamiać, że nie istnieje, natychmiast myśli, iż jest aż tak wspaniałe, że wie, że go nie ma. Jeśli przestaniemy przeżywać wszystko przez pryzmat tak zwanej osobowości, określonej przez różne zmienne warunki, to wcale nie spowoduje, że stracimy możliwość przeżywania. Chociaż zmienimy adres i zestarzejemy się o parę dni lub parę lat, ciągle będziemy w stanie doświadczać zjawisk i funkcjonować - nauczyć się matematyki czy zakochać. Będzie to możliwe, ponieważ zdolność umysłu do przeżywania i doświadczania nie jest wcale ograniczona przez naszą osobowość. Dlaczego więc wierzymy, że istnieje coś takiego, jak nasze prywatne stany umysłu? Po pierwsze dlatego, że chcemy. Jesteśmy jak staruszek, który mówi: „Warto coś mieć. Nawet reumatyzm”. Reumatyzm jest dobry, ponieważ go mamy. Podobnie myślimy o naszych stanach umysłu. Jednak jeżeli przeżywamy coś przez filtr naszej osobowości, prócz zysków, które się pojawiają, doświadczamy również określonych strat - często dużo większych niż korzyści. To lekarstwo, które chcemy zastosować przeciwko pewnemu chaosowi przeżyć, przynosi nam więcej niezdrowych skutków ubocznych niż sama choroba. Oczywiście przez cały czas coś przeżywamy, coś słyszymy, czegoś dotykamy, o czymś myślimy, próbujemy więc jakoś ten świat zorganizować i opanować. Jednak właśnie w tym momencie, w którym zaczynamy myśleć: „Ten świat jest dla mnie”, albo myśleć że „ja” istnieje, nasz umysł robi jeden z największych możliwych błędów. Na przykład, kiedy spotykamy kogoś i chcemy się dowiedzieć, co myśli, czego potrzebuje i jakie ma pragnienia, zamiast go o to zapytać, imputujemy mu różne własne poglądy. Wyciągamy własne wnioski z tego, jak wygląda, jak się zachowuje czy jak się nazywa i wyobrażamy sobie, co chce zrobić i jakie są jego najskrytsze marzenia. A przecież wystarczyłoby go zapytać. I w taki sam sposób zachowujemy się w stosunku do naszych przeżyć i zjawisk, których doświadczamy - zamiast pozwolić, by to one powiedziały nam, o co im chodzi, mamy swoja wersję wydarzeń, swój prywatny świat. Budda nazywał to życiem w świecie iluzji - samsarą. Ów świat iluzji, który jest „naszym” światem, bardziej nas interesuje, niż świat rzeczywisty - bardziej go lubimy, ponieważ jest „nasz”. Tak również traktujemy nasze stany umysłu. Wydaje nam się, że jeżeli wracamy szczęśliwi do domu, to jest to nasza prywatna sprawa, a jeżeli wracamy nieszczęśliwi, to też jest to nasza prywatna sprawa. Tymczasem tak nie jest - jeśli wrócimy do domu szczęśliwi, to nagle cała nasza rodzina zareaguje na ten stan, oczywiście w pozytywny sposób; a jeżeli wrócimy nieszczęśliwi, to reakcja naszych bliskich będzie niestety odwrotna. Z tego powodu nie jest to nasza prywatna sprawa. Dlaczego więc umysł popełnia ten błąd?
Powodem naszych problemów są przeszkadzające uczucia. Gdy jesteśmy dumni i myślimy, że jesteśmy lepsi niż inni, oczywiście nie chcemy nawet posłuchać tego, co inni mają do powiedzenia. Niedawno byłem na spotkaniu bardzo mądrych ludzi w obcym kraju. Oni też byli buddystami. Byłem bardzo zaskoczony, że wszyscy popełniają ciągle ten sam błąd i to bez względu na to, czy praktykują buddyzm czy też nie. Uwolnienie się od niego nie jest takie łatwe! Oczywiście można pomyśleć, że ktoś jest idiotą i śmiać się z niego od samego początku - to potrafią wszyscy. Można jednak śmiać się z kogoś, jeżeli się tego kogoś rozumie. Jeżeli śmiejemy się z kogoś, ze świata, albo z pewnych sytuacji zanim je zrozumiemy, to my jesteśmy idiotą. Być może powinniśmy się śmiać dopiero zrozumiawszy, co się naprawdę wydarza. Jeżeli byśmy to jednak zrozumieli, może zaczęlibyśmy raczej płakać?
Najczęściej, gdy spotykamy coś, co wykracza poza horyzont naszego zrozumienia, albo myślimy że to coś jest głupie, albo że cała ta historia w ogóle nas nie dotyczy. Po prostu nie chcemy się dowiedzieć, jak jest naprawdę. Staramy się uniknąć tej świadomości albo dlatego, że jesteśmy dumni i uważamy się za lepszych od innych, albo z powodu zazdrości i obaw, że jednak jesteśmy gorsi od innych (to jest ciągle pewien rodzaj dumy) i chęci udowodnienia, że jednak tak nie jest, w końcu z powodu przywiązania do naszych koncepcji i obawy, że musielibyśmy je zmienić. Jeśli słyszymy coś, co mogłoby zmusić nas do zmiany postrzegania świata, wydaje się nam to straszne. Po co cokolwiek zmieniać? To znowu wymagałoby jakiegoś wysiłku... W ten sposób, z powodu wielu przeszkadzających emocji, najczęściej nie chcemy zbyt wiele się dowiedzieć.
Buddyzm postrzega fundamentalną niewiedzę umysłu nie jako brak informacji, lecz raczej jako pewien emocjonalny stan, w którym „nie chcemy się dowiedzieć”. Budda mówił, że gdybyśmy chcieli się dowiedzieć, na pewno byśmy się dowiedzieli. Lama Ole w jednej ze swoich książek napisał, że cały ten świat można pokonać przy pomocy jego własnych metod. Wcale nie musimy znaleźć jakiegoś wyjątkowego narzędzia po to, żeby nauczyć się żyć i odnaleźć w życiu jakiś sens. Jeżeli myślimy, że nasze radości są nasze, musimy zapłacić za to okrutną cenę - wtedy również nasze cierpienia będą „nasze”. Oczywiście, gdy przeżywamy radości, zapominamy o tym. Kiedy boli nas ząb i ktoś mówi nam, że istnieje przemijalność, cieszymy się i odpowiadamy mu: „Słuchaj, jesteś jak balsam na moja ranę - istnienie przemijania oznacza przecież, że przestanie mnie boleć ząb”. Łatwo to zrozumieć. Ale kiedy jesteśmy szczęśliwi, kiedy przeżywamy coś bardzo przyjemnego, reagujemy zupełnie inaczej. Na przykład ktoś przychodzi na przyjęcie multimilionerów, którzy maja tylko jeden problem: który gatunek szampana jest lepszy. Ten ktoś mówi: „Słuchajcie, może wszyscy za chwilę umrzemy. Może przyleci tu Bin Laden i zrobi wielkie bum. Nie ma sensu martwić się o taką błahostkę”. Wtedy prawdopodobnie goście powiedzą: „Co ty opowiadasz? Czy ty w ogóle masz bilet na to przyjęcie? Czy ktoś w ogóle cię zaprosił? Wszystko zepsułeś, tak dobrze się bawiliśmy”.
Wydaje nam się, że możemy zachować wszystkie te radości jako „nasze”, nic za to nie płacąc. Tak jednak nie jest i to jest prawdziwy problem. Jeżeli porównamy ilość stanów, które są nasze i są nieprzyjemne z ilością tych stanów, które są nasze i są naprawdę miłe, nagle zauważymy, że nie jest to taki dobry biznes. Większość tego, co przeżywamy, chcielibyśmy jakoś poprawić i ulepszyć, pragniemy uczynić z tych rzeczy coś wyjątkowego - niewiele stanów umysłu chcielibyśmy zachować jako przeżycia naprawdę najwyższej jakości.
Na głębokim poziomie zrozumienie tego, że nie ma żadnych prywatnych stanów umysłu, ma głęboki sens. Lama Ole stwierdza często, że gdy odkrywamy naturę umysłu, wówczas wszystko to, co przeżywamy na wewnętrznym i zewnętrznym poziomie, nagle zaczyna przemawiać do nas jak grecki chór, który stoi gdzieś na brzegu sceny i mówi: „Teraz Antygona robi to, a to, udaje się tam, a tam”... Ów chór to pewien nieosobisty komentarz zjawisk. Chór nie bierze personalnego udziału w tym, co dzieje się na scenie. Jego zadanie to jedynie komentowanie - spokojne i przejrzyste. Jest to coś bardzo wyjątkowego - coś co może się wydarzyć dopiero w momencie, gdy odkryjemy, że nie ma żadnych prywatnych stanów umysłu. Jeżeli odkryjemy, że dziś jakaś jedna osoba jest bardziej zadowolona niż była wczoraj, to wszyscy na tym zyskujemy. Jeśli natomiast ktokolwiek cierpi bardziej niż wczoraj, to wszyscy na tym tracimy. Gdy dokonamy tego odkrycia, wówczas w naszym umyśle pojawi się ów grecki chór. Nasze myśli staną się pewną interpretacją zjawisk. Nie będziemy zbytnio dbali o to, jak bardzo są inteligentne, ponieważ to, że się pojawiają, będzie tak samo ciekawe jak to, że znikają. Widząc, że ich przychodzenie i odchodzenie są tym samym, będziemy wolni od jakiegokolwiek przywiązania i lgnięcia do tego, co się wydarza. To będzie coś naprawdę wielkiego, ponieważ w ten sposób zobaczymy, że wszyscy się rodzimy i wszyscy umieramy. Nie ma więc żadnego obiektywnego powodu, byśmy czuli się wyjątkowi. Nie ma też powodu, byśmy czuli się gorsi. Bardzo chętnie składamy ręce i patrzymy w górę na jakiś obrazek. Jeszcze łatwiej przychodzi nam patrzenie w dół - spoglądanie z pozycji dumy na kogoś, kto jest naszym zdaniem głupszy. Te podejścia automatycznie stosuje większości ludzi. Znacznie trudniejsze jest postrzeganie wszystkich zjawisk jako wspaniałych, tylko dlatego, że mogą się wydarzać - jest to możliwe dopiero wtedy, gdy przestajemy postrzegać świat w sposób osobisty, kiedy nie odbieramy go już jako „naszego”. Do tej chwili musimy ciągle pilnować, kontrolować to co się wydarza. Nigdy nam się to nie udaje, ponieważ tak naprawdę go nie widzimy. Nie widzimy go, ponieważ widzimy tylko nasze emocje.
Żeby pozbyć się wszelkich problemów, nie potrzebujemy żadnych szczegółowych instrukcji. Musimy jedynie zrobić to, co zrobił Budda - odkryć naturę umysłu. Musimy stać się podobnie jak on bezlitośnie konsekwentni w swym zdrowym rozsądku. Chociaż zwykle wydaje nam się, że tacy właśnie jesteśmy, w rzeczywistości jest inaczej. Nie zapomnę pewnej sytuacji, która wydarzyła się w czasie mojego wykładu na uniwersytecie w Łodzi. Na spotkanie przyszło wielu ciekawych, młodych ludzi. Po wykładzie, jeden z nich, z naprawdę wysokim IQ, zadał mi kilka pytań - bardzo skomplikowanych, „sofisticated”, jak mówią Amerykanie. Po którymś z tych pytań stwierdziłem, że odpowiadanie na nie nie ma sensu, ponieważ ten człowiek nie potrzebuje odpowiedzi, lecz zrozumienia przyczyny swoich pytań. Zobaczyłem, że te pytania są znakiem jakiegoś innego problemu. I powiedziałem sobie: „Dlaczego by nie zaryzykować”... A ponieważ lubię ekstremalne sytuacje, zrobiłem coś dziwnego. Powiedziałem publicznie: „Widzisz, wszystkie te pytania są głupie, prawdopodobnie dlatego, że ty jesteś głupi”. Było to śmieszne dla innych, ale nie dla niego. To był trudny moment. Ten człowiek zrobił się czerwony na twarzy. I kiedy sytuacja sięgnęła szczytu, powiedziałem: „A teraz zobacz swój umysł! Wystarczyło, że zraniłem tylko jedno twoje uczucie i zapomniałeś o wszystkich swoich filozofiach, zapomniałeś o wszystkich wyszukanych pytaniach! Jeśli widzisz, że tak łatwo cię zranić, spróbuj coś z tym zrobić”. Ten człowiek był naprawdę inteligentny, a ja bardzo się ucieszyłem, że nie popełniłem pomyłki. Ta sytuacja zrobiła na nim większe wrażenie, niż odpowiedzi na jego wszystkie szczególne pytania. Nagle odkrył, jak łatwo jest zranić człowieka. Wydaje nam się to bardzo trudne, ale w rzeczywistości jest bardzo łatwe. Jeżeli zranić może nas już to, że ktoś nie odpowie nam: „Dzień dobry”, to powinniśmy coś z tym zrobić. Jeśli zewnętrzny świat przez cały czas musi potwierdzać nasze ego i naszą ważność, to jesteśmy naprawdę skazani na zagładę. Przy takiej postawie nie znajdziemy nigdy żadnej trwałej satysfakcji. Zewnętrznych warunków jest bardzo wiele, po prostu zbyt wiele...
Dlaczego jednak ciągle potrzebujemy, aby świat potwierdzał naszą ważność i dlaczego chcemy ciągle kontrolować to, co się wydarza? Robimy to z powodu niewiedzy. Myślimy, że jeśli z tego zrezygnujemy, to coś stracimy. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie - niczego nie stracimy, a wszystko zyskamy. Po prostu odkryjemy wtedy, że tak naprawdę nic nie może nas zranić. I że w gruncie rzeczy dopóki tego nie zrozumiemy, w życiu stale ranimy samych siebie.
Szantidewa powiedział dawno temu, że jeżeli ktoś przychodzi i przypala nas rozżarzonym żelazem, to 50% problemu leży po stronie tego, kto to robi, a 50% po naszej stronie, ponieważ utożsamiamy się ze swoim ciałem. Każde przeżycie, nawet najbardziej przerażające, możemy przeżywać albo jako nasze własne, albo wyraz bogactwa umysłu. To może być wspaniała teoria, można z tego zrobić ciekawą filozofię, jednak nie miałoby to sensu, gdyby nie dotyczyło naszego codziennego życia. Co oznacza to więc na poziomie praktycznym? Jeżeli w naszym umyśle nie ma żadnego lgnięcia, jeśli nie mamy obaw i oczekiwań, wówczas to, co się wydarza, jest po prostu bardzo ciekawe.
Wtedy może się również pojawić głębokie pytanie - czy rzeczy naprawdę się wydarzają, czy mogą się wydarzać? Zwykle myślimy, że coś się wydarza, gdyż to zjawisko ma jakiś początek i koniec. Ale jest to trochę dziecinne podejście, ponieważ każdą sytuację można podzielić na mniejsze sytuacje. Z dużego salami można zrobić mniejsze plasterki. Jeżeli przeżywamy różne sytuacje przez pryzmat naszych lęków i oczekiwań, oczywiście widzimy jakieś procesy, które zachodzą, dostrzegamy ich przyczyny i skutki, wreszcie w rezultacie przeżywamy przyjemne lub nieprzyjemne stany umysłu. Jednak to wrażenie, że coś się wydarza, że ma swój początek i koniec, bierze się z iluzji przeżywania świata jako rzeczywistego. Sądzimy, że świat jest rzeczywisty, że jest pewną dużą całością. Potem wyobrażamy sobie, że skoro ten cały, duży świat, jest rzeczywisty, to widocznie te małe wydarzenia, jego poszczególne elementy, też muszą być rzeczywiste. Jak mogło by być możliwe, że duża rzeczywistość jest złożona z małych nierzeczywistych zjawisk? Jeżeli jednak przeanalizujemy zarówno te „duże” rzeczy, jak też małe przeżycia, okaże się, że wszystkie maja tę sama wadę - chociaż ich szukamy, nie możemy ich znaleźć. Co to oznacza? Oznacza to, że najgłupszą koncepcją czasu, jaką można mieć, jest koncepcja czasu, którą znamy z niektórych filmów o podróżach z przeszłości w przyszłość. Ich bohaterowie zmieniają coś w przeszłości, potem w teraźniejszości ktoś się rodzi albo nie... W ten sposób nabieramy przekonania, że czas jest realny. Gdyby tak rzeczywiście było, mielibyśmy znowu wielki problem - czy mój czas jest bardziej rzeczywisty niż czas sąsiada, a może czas jednego narodu jest bardziej rzeczywisty niż czas innego narodu. Ale na szczęście jest to iluzja.
To, że istnieje przeszłość jest iluzją - możemy zajmować się przeszłością tylko przez pryzmat teraźniejszości, tylko przywołując minione wydarzenia do „tu i teraz”. Jeśli popatrzymy na przyszłość, zobaczymy również, że jest ona iluzją, ponieważ nie ma jeszcze tego czegoś, co się wydarzy. Nawet z teraźniejszością jest podobnie - jeśli jej poszukamy, jeżeli spróbujemy znaleźć jakieś prawdziwe „tu i teraz” jako „coś”, jako przedmiot, w tym samym momencie to „coś” staje się już martwą przeszłością. Ta teraźniejszość „tu i teraz” nie da się pochwycić jak przedmiot. Ponieważ również ona nie jest rzeczywista, co możemy zrobić? Budda mówił, że jeśli uda nam się pozostawić swój umysł, jasny i przytomny, we właściwy sposób w „tu i teraz” - nie w teraźniejszości, którą traktujemy jako przedmiot, w teraźniejszości naszych wyobrażeń o przeżywającym, lecz w teraźniejszości przeżywającego - wówczas będzie to jedyna rzecz, która istnieje. Absolutny stan. Bez granic ani centrum. Cokolwiek się wydarzyło i wydarzy, jest zawarte w tym momencie, „tu i teraz”. Jednak w chwili, w której potraktujemy tę przytomność jako naszą, wszystko przepadnie - to co absolutne zniknie i pozostanie tylko nasz prywatny stan umysłu. Jest on ograniczony przez nasze koncepcje i wyobrażenia, lgnięcie do przyjemnych myśli i obawę przed nieprzyjemnymi, pragnienie przeżywania miłych wrażeń i chęć uniknięcia cierpienia. W ten sposób zapanowanie nad zjawiskami nie może nam się nigdy udać, ponieważ mając takie podejście, w dziecinny sposób chcemy, żeby cierpienie było przemijające, a szczęście trwałe.
Tymczasem tak długo, jak wszystkie rodzaje szczęścia, których doświadczamy, są uwarunkowane, nie jesteśmy w stanie ich zachować. Najczęściej myślimy, że możemy zachować różne stany szczęścia, ponieważ mamy wrażenie, że są bardziej realne niż różne nasze cierpienia. Nie jest to całkiem głupie, ponieważ absolutna natura naszego umysłu jest trwałą radością i w ten sposób każdy rodzaj szczęścia jest bliższy prawdzie niż jakiekolwiek cierpienie. Niestety to jednak nie wystarczy, gdyż wszystko co przeżywamy jest mniej prawdziwe, niż to, jak to przeżywamy, a to z kolei jest mniej prawdziwe niż sam przeżywający. Dlatego nawet gdyby nasze przeżycia były poprawne, przy błędnej metodzie przeżywania nadal nie mielibyśmy szans na rozwiązanie problemu. Metoda bliższa jest przeżywającemu, niż to, co jest przeżywane. Jednak nawet gdy metoda przeżywania jest poprawna, lecz nie postrzegamy samego przeżywającego, ciągle mamy problem. Można porównać umysł do zwierciadła - bardzo trudno jest nam rozpoznać, że zarówno przyjemne, jak i nieprzyjemne obrazy pokazują jego zdolność do odbijania. Jedne i drugie są tak samo fantastyczne w swojej zdolności do ukazywania przejrzystości lustra. Trudno jest nam zobaczyć to w ten prawdziwy sposób, ponieważ wydaje nam się, że piękne obrazy są nasze i akceptujemy je, a cierpienia traktujemy jako nie nasze i nie akceptujemy ich. W ten sposób nie jesteśmy w stanie zobaczyć, że zarówno jedne jak i drugie przeżycia pokazują jedynie zdolność umysłu do bycia przytomnym, a sama ta przytomność nie zależy od przeżyć - tak samo jak zdolność do odbijania zwierciadła nie zależy od obrazów.

Źródło: http://www.diamentowadroga.pl/dd33/nie_ma_prywatnych_stanow_umyslu_czesc_i

Awatar użytkownika
Lekko
Posty: 204
Rejestracja: 29 paź 2016, 11:49

Re: Nie ma prywatnych stanów umysłu.

Postautor: Lekko » 10 paź 2016, 14:05

Część II

Musimy odkryć samą naturę przeżywającego. Jeśli nawet mamy najlepszy samochód i nie wiemy jak nim kierować, jest on bezużyteczny. Kiedy już umiemy go prowadzić, jest i tak bezużyteczny, jeżeli nie wiemy którędy jechać, żeby dotrzeć do miejsca, w którym znajdziemy szczęście. Co więc powinniśmy odkryć, by zrozumieć naturę przeżywającego? Po pierwsze, wszystkie przeżycia potwierdzają zdolność umysłu do doświadczania. Musimy zdać sobie sprawę, że nawet gdy niczego nie doświadczamy, kiedy w zwierciadle nie pojawiają się żadne obrazy, umysł nie traci swej zdolności przeżywania. W tym momencie zazwyczaj myślimy, że wpadliśmy w czarną dziurę, że coś straciliśmy, a mieliśmy tak wiele. Tracimy zaufanie do natury naszego umysłu, wydaje nam się, że zdolność zwierciadła do odbijania obrazów wyczerpała się. A to przecież nieporozumienie. Bo chociaż w tej chwili obrazy nie pojawiają się w nim, w dalszym ciągu lustro może je odbijać. Podobnie funkcjonuje nasz umysł. Jeżeli sobie to uświadomimy, nie będziemy już przeżywać naszych stanów umysłu jako prywatnych. Odkryjemy, że nie należą one do nas, a ich brak wcale nie powoduje, że nasz umysł staje się nieprzejrzysty. Wówczas na scenę wkroczy „chór z greckich dramatów”, na gorąco komentujący nasze poczynania: teraz robię to, a tamto, teraz muszę usiąść i powiedzieć coś mądrego, a teraz jest czas, aby sobie pójść, bo wszyscy już mają dość. Możemy słuchać tego chóru lub nie – to zależy od nas.

Jeżeli na przykład pójdziemy do domu dla bardzo, bardzo nerwowych, zobaczymy tam ludzi, którzy podchodzą do krzesła albo stołu i przesuwają je o milimetr, uważając, że to ma wielki sens. Gdy zapytamy ich, dlaczego to robią, odpowiedzą, że to zmieni świat. Oczywiście to, że przesuniemy krzesło jakoś zmieni świat, ale nie za bardzo... Tymczasem jakiś głos w umyśle mówi nam: „Słuchaj, jeżeli nie przesuniesz tego krzesła, to zobaczysz! « Zaczynamy podejrzewać, że faktycznie może on nas zranić... Mimo wszystko postanawiamy: «Nie, zobaczymy, co się stanie! « I wówczas przychodzi kolejna myśl: «Teraz już naprawdę się doigrałeś, zobaczysz, co ci zrobię! « Stwierdzamy więc, że teraz już nie ma żartów i jednak trzeba będzie to krzesło przesunąć: «Wiem, że inni powiedzą, że jestem wariatem, ale jak tego nie zrobię, to na pewno coś złego się wydarzy! « I tak wpadamy w wielką pułapkę. Nasze myśli stają się naszym szefem. W skrajnej sytuacji mieszkamy w domu bez klamek, którego wszystkie ściany są miękkie w dotyku. W rzeczywistości to, że myśli i uczucia pojawiają się jest tak samo ciekawe, jak to, że mogą odejść.

Jeżeli już jakiś problem rozpuścił się, powinniśmy się cieszyć, ale nie w idiotyczny sposób. Nie chcemy być jak głupiec, który cieszy się z cukierka, ale jak mędrzec, który chce sobie kupić ich fabrykę. Dlatego cieszmy się nie z tego, że problem zniknął, ale z tego, że zrozumieliśmy, że problemy przychodzą i odchodzą. Kiedy odkryjemy naszą zdolność do rozpoznania prawdziwej natury umysłu, wszyscy wokół nas poczują się trochę lepiej – zamiast być uciążliwi, staniemy się pożyteczni. Jest to możliwe, ponieważ na absolutnym poziomie jesteśmy nieoddzielni od innych. Ze świadomości tego wypływa aktywne współczucie, które tak naprawdę nie jest uczuciem, ale raczej aktywnością. Jeżeli szukamy buddy, nie możemy go znaleźć. Nawet najlepsi mistrzowie medytacji siedzieli często długo szukając absolutnego stanu umysłu i nie mogli go znaleźć. Kiedy jednak w końcu odkrywamy, że tego stanu nie można pochwycić, wówczas naprawdę go doświadczamy. Nie przeżywamy już zjawisk osobiście, jako czegoś, czego musimy się obawiać, albo jako czegoś, co nas potwierdza. Przeżywamy je w prawdziwy sposób. Nic nie wydarza się już na naszych warunkach, w naszej przestrzeni i w naszym czasie. Możemy pozwolić, aby zjawiska działy się same przez siebie. Dzięki temu rozumiemy, czym są. To jest zasadnicza różnica.

Zwykle, kiedy oczekujemy czegoś przyjemnego i to dostajemy, później pamiętamy tylko, że czegoś oczekiwaliśmy, że to przyszło i minęło – jak gdybyśmy zapomnieli to przeżyć. To nie żart. Wyobraźmy sobie, że siedzimy z kimś w restauracji i pijemy dobre wino, ale naprawdę nie czujemy smaku, bo cały czas zastanawiamy się, jak będzie z tym kimś w łóżku. Potem, gdy jesteśmy już w łóżku i wydarza się coś przyjemnego, również nie przeżywamy prawdziwej radości, bo zaczynamy rozmyślać o tym, czy wino i ser były dobrze dobrane. Jest to pewien praktyczny problem. Pierwszym etapem rozwoju na ścieżce Wielkiej Pieczęci, będącej specjalnością Karma Kagyu, jest zrozumienie, że powinno się osiągnąć stan, kiedy umysł jest tam, gdzie tyłek. Nasz umysł i tyłek muszą być w tym samym miejscu, czyli tam, gdzie pojawiają się, rozgrywają i znikają doświadczenia.

Niektórzy mogą stwierdzić: «No dobrze, skoro istnieje zwierciadło i nie ma większej różnicy pomiędzy tym, czy odbija ono obrazy piękne czy nieprzyjemne, skoro zachowuje swoje właściwości, nawet, jeśli nie pojawiają się w nim żadne obrazy, po co w ogóle są one potrzebne? Dlaczego nie zostawić zwierciadła jasnym, bez jakichkolwiek odbić? « Jeżeli taka myśl się pojawia, to znaczy, że nie zrozumieliśmy, co Budda chciał powiedzieć. Kiedyś pewien bardzo mądry człowiek, uczony filozof, zapytał Kalu Rinpocze, co to jest samsara, a co nirwana? Ten odpowiedział: to jest samsara, a to nirwana (Karol coś pokazuje...). Ten człowiek zrobił dziwną minę i nie wiem, czy do dzisiaj się nie zastanawia, co to oznaczało. Na poziomie intelektualnym jesteśmy czasem bardzo sprawni; wydaje nam się, że potrafimy sobie wszystko wytłumaczyć. A potem przychodzi kilka prostych testów i zachowujemy się jak małe dzieci: rowerek wjechał w piasek i nie wiemy, co dalej. To wcale nie jest takie śmieszne. Wyobraźmy sobie, że kupujemy nowy samochód, na który pracowaliśmy wiele lat, a potem wpadamy nagle w gniew, bo mucha usiadła nam na nosie i powodujemy wypadek. Tak nas to zdenerwowało, że rozbiliśmy dobre auto! Na pewno nie jest to wydarzenie, które świadczyłoby, że potrafimy pracować z emocjami w poprawny sposób. Na poziomie intelektualnym oczywiście umiemy wszystko zrozumieć, zaklasyfikować, powkładać w małe pudełka... Ale kiedy zaczynamy mieć do czynienia z przeszkadzającymi uczuciami, wszystko to staje się bezużyteczne. Pojawiają się one po prostu bardzo blisko nas, a my nie wiemy jeszcze, jak sobie z nimi radzić.

Budda proponował wiele metod pracy z emocjami. Najogólniej znane są trzy środki. Na najbardziej podstawowym poziomie, najmniej inteligentnym ludziom radził: «Możesz traktować wydarzenia tak, jakby były trochę rzeczywiste. Rób rzeczy, które powodują przyjemne stany umysłu i unikaj tych, które powodują przykrości». Tę najprostszą metodę nazywamy hinajaną. Ludziom na bardziej zaawansowanym poziomie Budda wyjaśniał: «Słuchaj, możesz na swoje doświadczenia spojrzeć z dystansu, wtedy będziesz w stanie zobaczyć, co się wydarza. Następnie spróbuj zastanowić się, czy to, co widzisz jest rzeczywiste... Pamiętaj, że zwykle stajesz się niewolnikiem swoich własnych projekcji, a to jest zupełnie bez sensu». Najinteligentniejszym uczniom mówił: «Wszystko, co się wydarza, jest ciekawe i fantastyczne. Czyż to nie cudowne, że możemy cierpieć? Czy to nie zabawne, że możemy przeżywać przyjemne stany, że pojawiają się one i odchodzą? Możesz się ich obawiać lub pragnąć ich, ale to jest błąd».

Tak długo, jak przeżywamy różne lęki, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że umysł jest przestrzenią. Nie jest to łatwe, ponieważ jeśli pojawia się lęk, pojawia się także oddzielenie. Lęk natomiast przychodzi, kiedy nie chcemy czegoś zaakceptować. Boimy się, a wtedy nie traktujemy przestrzeni jako nieskończonej. Mamy wrażenie, że można coś wziąć i wyrzucić poza coś innego, co tak naprawdę nie ma granic. To jest oczywiście niemożliwe. Ale gdy rozpoznamy, że umysł jest jak przestrzeń, odkryjemy również, że nasze lęki nie mają sensu. Nie chodzi tu o jakieś wielkie lęki, jak zrywanie się w nocy i krzyczenie przez sen albo za dnia, gdy widzimy coś, co się nam nie podoba. Idzie raczej o drobne problemy – o to, że może nam braknąć pieniędzy do następnej wypłaty albo na zakup nowego, lepszego samochodu, a wtedy wszyscy nasi znajomi pomyślą, że straciliśmy styl. To są właśnie obawy, które sprawiają, że nie przeżywamy prawdziwej natury umysłu. Tak długo, jak traktujemy problemy osobiście, kupujemy je sobie za własne pieniądze.

http://diamentowadroga.pl/dd34/nie_ma_prywatnych_stanow_umyslu


Wróć do „Buddyzm Tybetański”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości